Browsing Articles Written by

antypat

Czy każda kobieta musi być feministką?

Lifestyle Kwiecień 13, 2018 25 komentarzy

Ostatnio próbowałam sobie odpowiedź na to pytanie, ale nie jestem pewna czy do końca umiem. Ten artykuł to bardziej moje wątpliwości i pytania do Was. Czy każda kobieta musi być feministką?

Temat nawinął mi się na myśl miesiąc temu, gdy na kobiecej facebookowej grupie powstała dyskusja na temat seksizmu, feminizmu i granic obu tych zjawisk. Większość kobiet oczywiście oburzała się seksistowskimi memami, plakatami i reklamami – ja razem z nimi. Temat niedługo potem zszedł na stosunek kobiet do seksizmu i na ich stosunek do feminizmu. Generalnie babeczki uznały, że jeśli kobieta nie jest za równością, feminizmem, wszystkim pro kobiecym to jest zniewolona przez patriarchat, środowisko, społeczeństwo i media. Taką kobietę powinno się oczerniać i jeszcze bardziej jej współczuć. Dyskusja sobie trwała, czasami schodząc na niskie poziomy, aż jedna z babeczek wrzuciła swoje ciekawe zdanie.

„A wbiję Wam trochę kij w mrowisko. Pomijając już memy: co z kobietami, które NIE chcą partnerskiego związku? Tylko tradycyjny? Bo ja uważam, że każdy ma wybór a w wielu dyskusjach trafiam na stwierdzenia, że trzeba te kobiety ratować z ich własnych przekonań. Nie mamy monopolu na to, by mówić innym jak mają żyć.”

Co z takimi kobietami? Co z kobietami, które lubią tradycyjny podział ról? Które wcale nie chcą być niezależne, silne, walczyć o równouprawnienie, o wyższe płace itp itd. Ostatnio w toku rozmowy zastanowiło mnie czy mamy prawo nazywać nasze poglądy prawidłowymi? Albo bardziej prawidłowymi niż innych? Czy moje liberalne poglądy są lepsze od konserwatywnych? Czy to, że chce być kobietą wyzwoloną, jest lepsze od bycia kobietą, która wyzwolona być nie chce? Czy zawsze trzeba ratować takie kobiety? Litować się nad nimi, współczuć i uważać, że to zły patriarchat pomieszał im w głowach? W toku innej zaś rozmowy przytoczono postać kobiety, którą można nazwać inteligentną i dobrze wykształconą, ale która wcale nie chce równouprawnienia we wszystkim, której nie podoba się zajmowanie wyższych stanowisk przez kobiety, wtykanie ich do polityki.

Co, jeśli kobiety podejmują takie decyzje świadomie, nie na bazie mediów, stereotypów, wychowania czy czegokolwiek. Znają argumenty za i przeciw a mimo to, ich poglądy są takie, a nie inne. Czy to może oznaczać, że są gorszymi kobietami? Jeszcze jakiś czas temu powiedziałabym, że tak, że na pewno są gorsze i niszczą walkę o wspólne przecież prawa. Ale dziś mam więcej wątpliwości niż pewności w tej kwestii. Nikt odgórnie nie powie, że moje poglądy są lepsze i bardziej prawidłowe niż poglądy takiej kobiety.

Z nami albo przeciwko nam

Do napisania tego artykułu skłonił mnie głównie artykuł – Mężczyźni tłumaczą mi feminizm. Abstrahuje od tematu mężczyzn w feminizmie, bo mam wrażenie, że autorka tekstu potrafi jedynie na nich narzekać i nie daje im prawa głosu innego niż jej głos, który wydaje się jej najlepszy.  Najbardziej zdziwił mnie kawałek umieszczony pod sam koniec artykułu.

 Są kobiety, które nie chcą być tak nazywane, takie, które po prostu jeszcze nie wiedzą, że są feministkami, takie, które utknęły w pułapce patriarchatu do tego stopnia, że stały się jego strażniczkami. Ba, są feministki, którym zdarza się palnąć coś w starym dobrym, patriarchalnym stylu. To nie jest tak, że kobiety wiedzą lepiej. Teraz na chwilę zapomnijmy o dwóch pierwszych kategoriach, bo dla nich nie ma żadnego usprawiedliwienia ani ratunku. 

Czy naprawdę trzeba szukać ratunku i usprawiedliwiać poglądy o innym zabarwieniu niż feministyczne? Czytałam ten artykuł i nie wierzyłam własnym oczom. O co chodzi? Od kiedy feminizm stał się obowiązkowy? I od kiedy stał się aż tak radykalny?

Odchodząc od kwestii złych kobiet antyfeministek, przejdę do jednej sprawy, która porusza mnie równie bardzo. Albo jesteś feministką na 100%, albo w ogóle. Przypomina mi to wypowiedź mojej wykładowczyni, która uważa, że jeśli ktoś ćwiczy na siłowni, ale nie chodzi spać wcześnie, albo pija alkohol – nie może być zdrowy i fit, a tylko oszukuje siebie. Bo albo robimy coś na 100%, albo nie możemy być tym i tym. Tutaj ostatnimi chwilami sprawa ma się podobnie. Mam wrażenie, że aby nazywać się feministką, trzeba spełnić jakieś warunki. Jeśli chcemy walczyć o równe prawa, takie same płace, edukację kobiet na wschodzie, walczyć z molestowaniem, to, to automatycznie obliguje nas do walki np. o aborcje. No przecież jak można nazwać się feministką i nie być za prawem do aborcji? Jak można być wegetarianinem i być z osobą jedzącą mięso? Jak można być gejem i nie iść na paradę. Przynależność do środowiska coraz  częściej wiąże się z bezwzględnym światopoglądowym posłuszeństwem. Często mówimy jak tragiczny w skutkach jest fundamentalizm i ortodoksyjne podejście do religii. Rzadko zauważamy, że liberalne poglądy stają się tak samo ortodoksyjne w warunkach.  Zamiast nieść wolność, niosą ograniczenia.

Kiedy bardzo lubiłam określenie feministka, ale ostatnio coraz rzadziej go używam, bo coraz częściej niesie ze sobą negatywne konotacje. Nigdy nie byłam za wolnością aborcyjną i prawdopodobnie nigdy nie będę. Nigdy nie byłam za całkowitym jej zakazem. Zawsze byłam za koniecznym kompromisem i uznawaniem aborcji za konieczność w pewnych sprawach, nietraktowaniem jej jak środka antykoncepcji. Nigdy też nie byłam na czarnym proteście i nie trzymałam strony radykalnych feministek, które chcą aborcji legalnej w każdym wypadku. Czy to oznacza, że nie mogę o sobie mówić „feministka”? Czy szkodzę kobietom, bo akurat w tej sprawie nie uważam, by ich strona miała słuszność? Czy bycie kobietą obliguje nas do popierania kobiet w każdej sprawie?

Dziel się :

Bóg z papierowego kubka Costy

Lifestyle Październik 14, 2017 18 komentarzy

Ciepłe weekendowe popołudnie. Siedzę z De na warszawskich bulwarach i łapie ostatnie ciepłe promienie. Nagle zjawia się Pan z kubkiem Costy, który macha mi fotografią przed twarzą, coś plecie na prędce o chorej córce. Ku jego zdziwieniu nie wrzucam do fioletowego kubełka żadnego pieniążka, więc na odchodne słyszę „Niech Bóg tych wszystkich złych ludzi błogosławi”.

Dziel się :

Nie chce być smutną Panną Młodą

Lifestyle Październik 6, 2017 25 komentarzy

Bo rodzina, bo ten wiek. Bo ekonomia, bo kredyt i mieszkanie dla młodych. Bo biała suknia i wesele. Bo grzech, bo dziecko, bo tak trzeba. Bo partner nalega, bo znajomi już wzięli, bo to formalność. Bo presja społeczna, bo stabilizacja, bo ustatkowanie się. Czyż tak nie jest? Słuchając otoczenia i obserwując zawierane ostatnio małżeństwa moich znajomych, mam wrażenie, że miłość dawien dawno zeszła na drugi plan. A ja? Abstrahując od stanu prawnego w naszym kraju, nie chce być smutną Panną Młodą.

Dziel się :