„W świecie reklamy i mediów propaguje się wizję idealnych, nieskazitelnych ludzi sukcesu, ale przecież nijak się to ma do realiów. Ślepo wierzymy w ten człowieczy savoir-vivre i zapominamy, że w głębi jesteśmy słabi, brzydcy i śmierdzący. Panuje wręcz terror piękna i szczęścia, a gdy nagle okazuje się, że jakaś dwudziestolatka ma rozstępy na pośladkach albo za dużo tłuszczu tu i ówdzie, to nie wiadomo co z tym zrobić”.

Piotr Fiedler

 

Nie macie wrażenia, że ostatnimi czasy panuje jakiś udomowiony terror szczęścia i piękna?
Kontrowersją stało się pokazywanie rozstępów, blizny po ciąży, ciał nieperfekcyjnych i ludzkich. Żyjemy w epoce nadludzi. Za naturalne uważamy botoks, wybielone zęby, ogromne pośladki, sztuczne piersi, konturowanie swoich twarzy, a nawet brzuchów. Ludzkie ciało staje się nie do przyjęcia. Krosty, blizny, rzadkie włosy, naturalne brwi i rzęsy, małe oczy i wąskie usta są wręcz nienaturalne i zbyt brzydkie, by je pokazywać.

Piękni i szczęśliwi

Tak patrze na swoje fotografie z instagrama i przypominają mi się słowa mojego kumpla. Wątek rozmowy toczył się właśnie wokół IG i ukazywania życia, które nie jest prawdziwe. Ja upierałam się oczywiście przy tym, że moje życie wygląda dokładnie tak jak na instagramie. Tak wyglądam, maluje się i ubieram, interesuje się tym, co pokazuje. Po czasie przyznałam mu rację. Przecież nie strzelam sobie foty, kiedy akurat leże zapłakana, zasmarkana w domu, boli mnie brzuch i jestem w dupie. Moja skóra nie ma odcienia „slumber” ani „aden”. Nawet nie uśmiecham się tak jak na zdjęciach, bo mój naturalny uśmiech to małe oczy, zaczerwieniona twarz i zmarszczki przy ustach. Żadne z tych zdjęć nie jest robione z zaskoczenia, a poprzedzone mozolnymi ujęciami aż nie wyjdzie „idealnie”. Nie widać też podkrążonych oczu, boczków, rozstępów, cellulitu, suchej cery, niskiej samooceny i złego humoru. To, co nie jest typowo ładne, nie zasługuje na pokazanie.

Wystarczać przestają nam też wydarzenia z naszego życia, jeśli nie podzielimy się nimi ze światem. Niezależnie czy chodzi o narodziny dziecka, ślub, zaręczyny, czy ukończenie studiów. Ostatnio moją tablicę dosłownie zalewa fala zaręczyn i narodzin dzieci. Zastanawia mnie czy te wydarzenia byłyby tak ważne, gdyby nie powiedziano o nich nikomu? No i czemu nie pokazujemy swoich kłótni, rozstań, płaczu, rozwodów tak jak pokazujemy szczęśliwe chwile? Dlaczego tylko te dobre chwile zasługują na publiczność? a te gorsze staramy się ukryć, jak najgłębiej się da. Ostatnimi czasy hitem w sieci są matki, które upubliczniają zdjęcia ze swojego „rzeczywistego” życia. Zmęczone, brudne, niczym nieprzypominające instagramowych mam, są kontrowersją i hitem, a czy nie powinny być naszą rzeczywistością? Przecież w realnym życiu nie da się podkoloryzować, nałożyć ulubionego filtra, beztrosko rozpuścić włosów i żyć dokładnie tak jak w zatrzymanej migawce. Dlaczego taką kontrowersją jest dla nas pokazanie blizny po cesarskim cięciu, rozstępów i matki, która śpi styrana? Czy aż tak bardzo chcemy być piękni i szczęśliwi?

Nie interesują mnie pozorne relacje, pozór kontaktów i samozachwyt, że jesteśmy en vogue, trendy, w głównym nurcie. Nie jesteśmy. Jesteśmy w dupie. Jeśli pani nie usiądzie i nie będzie mogła porozmawiać ze swoimi bliskimi normalnie, to jest pani w dupie, za przeproszeniem. I siedem tysięcy znajomych na Facebooku nic tu nie pomoże.

Robert Więckiewicz

Samotni i nieszczęśliwi

Zastanawialiście się kiedyś, po co założyliście sobie konto na instagramie? Dlaczego dzielicie się sobą z innymi? Skąd bierze się w nas ten internetowy ekshibicjonizm? Czekam na Wasze odpowiedzi, bo u mnie wynika to chyba z niskiej samooceny i chęci jej podreperowania serduszkami. Oczywiście nie jest to jedyny powód posiadania konta na takich portalach, ale jest on jednym z tych głównych. Ten kto czyta tego bloga, doskonale wie jakie problemy z samooceną miałam i wiecznie potrzebowałam pogłaskania po główce i powiedzenia „jesteś w tym dobra”, „jesteś ładna”, „jesteś w porządku”. Od zawsze swoją samoocenę niesamowicie przywiązywałam do słów i ocen innych. Sprawa ma się chyba podobnie, jeśli chodzi o IG. I tak, wiem jak jakie to próżne i smutne, ale dokładnie tak jest.

Poza leczeniem samooceny, te portale jak nic innego potrafią ją zniszczyć. Któż z nas nie porównywał się do idealnych ludzi, którzy żyją idealnym życiem?  To takie ludzkie powiedzieć „też bym tak chciała”, dopiero po czasie przychodzi lub nie przychodzi myśl „one tak nie wyglądają, a ich życie nie jest tak kolorowe”. Nasze kompleksy nie łapią takich przekazów, przynajmniej moje nie. W tym naszym świecie okropnie być nieidealnym. Nie chodzić na siłownie, nie mieć zrobionych brwi, rzęs, hybryd, idealnie wąskiej tali i wielkiego tyłka. Wolimy oglądać to co nienaturalne, ale idealne. Co gorsza, wolimy patrzeć niż słuchać i czytać drugiego prawdziwego, prostego człowieka. Kochamy się w tym, jak wygląda, nie w jego myślach, wartościach i zainteresowaniach. Nie wielbimy już wielkich umysłów i spracowanych rąk. Kochamy zaś konturowane twarze, napuchnięte usta, perfekcyjne i opalone ciała.

Zwykły człowiek dosłownie przestaje wystarczać.

Dziel się :