Taka zawsze chciałam być. Samotna, niezależna, ambitna, spełniona i silna. Nie chowająca się w objęciach. Nie krucha. Nie słaba. Nie delikatna. Nie czyjaś. Swoja i niezależna. Niezależna od objęć, od dłoni, od wsparcia i silnego ramienia.

Dziewczynka

Całe swoje dzieciństwo oglądałam słabość kobiet wokół mnie. Były do przesady kruche, maksymalnie wyzyskiwane, lekceważone i znieważane. Zgadzały się na brak szacunku, na swoje barki brały problemy swoje i wszystkich innych. Z podkulonym ogonem przyjmowały każde złe słowo. Każdą obrazę, każdy policzek, każdą zniewagę. Ta słabość zdawała się być czasem przerysowana. Za dużo jej było. Niezadowolone ze swojego życia, ze swojej sylwetki, zaniedbane, tłamszone, zagonione jak woły do pracy. Takie były. Nigdy nie przestawały marzyć, ale nigdy nie zaczęły walczyć. Nie wstały z kolan i nie skończyły prosić. Wolały karykaturę życia niż zmianę i życie samemu. Były uzależnione emocjonalnie, finansowo, gospodarczo od swoich mężczyzn. Nawet nie chciały poradzić sobie bez nich. Wolały ronić łzy w trosce o swoje dzieci, poświęcać siebie i trzymać język za zębami. Godzić się na wszystko.

Będziesz mu­siała się nau­czyć przy­wyknąć do bólu. Jes­teś prze­cież kobietą.

To były moje negatywne autorytety, które umacniały mnie w przekonaniu, że nigdy taka nie będę. Że nie dam sobie wejść na głowę. Że nie dam sobie wejść do serca.  Zawsze marzyłam o sobie samotnej, ustatkowanej, spełnionej i spełniającej się. Nigdy nie chciałam prosić i upadać na kolana. Nie mogłam się pogodzić z myślą, że istnieją kobiety, które są utrzymywane przez mężczyzn, którzy dbają o nie, opiekują się nimi i wykorzystują ich słabości. Dokładnie tak postrzegałam każdy związek bez wyjątku. Jak walkę. Albo dominujesz Ty, albo zdominują Ciebie. Albo zdradzasz, albo jesteś zdradzany. Albo kochasz, albo jesteś kochany. Albo ja wykorzystam Ciebie, albo Ty mnie. Nie było partnerstwa, kompromisu, równości i współpracy. Zawsze było na śmierć i życie. Albo Ty, albo ja.

Dziewczyna

Jak wyglądało postrzeganie, tak wyglądał każdy związek. Albo gonisz króliczka, albo jesteś goniony. Albo kochasz, albo jesteś kochany. Albo bijesz Ty, albo biją Ciebie. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Moje marzenia o kobiecej sile w pierwszych związkach zamiotłam pod dywan. Stałam się autorytetami, którymi nigdy nie chciałam się stać. Delikatna, płacząca, wykorzystywana, okłamywana, bita, zdradzona.  Opiekuńcza, wybaczająca, troskliwa, pełna miłości i delikatności. Zawsze byłam pod ręką. Dostosowana do wymagań. Na kolanach błagająca o miłość. Wpojona mi za dzieciństwa nieumiejętność bycia samemu towarzyszyła mi długo. Wolałam obrywać i być kochana. Okłamywana, ale przytulana. Zdradzona, ale trzymana za rękę. Dziewczynka oglądająca słabość kobiet stała się taka jak one. Z każdym uderzeniem umierała moja kobiecość. Z każdym szarpnięciem deptano moje zaufanie. Z każdym zlekceważeniem moje serce stawało się bardziej zamknięte. Z każdym wyzwiskiem znikała potrzeba życia we dwoje. Każdy człowiek, każdy związek stawał się jedynie potwierdzeniem moich dziecięcych przekonań. Każda osoba stawała się spełnieniem moich domowych koszmarów. Każde zdarzenie karmiło moje pragnienie bycia silną kobietą. Samotną. Niezależną.

Po jakimś czasie przyszła odwilż, odwrót, jakkolwiek można to nazwać. Marzenia o sile sprawiły, że stałam się słaba, ale znieczulona. Słaba, ale tylko w środku. Moja zraniona, dziewczęca duma chciała ukarać każdego, kto nawinął się po rękę. Kłamstwo i zdrada były w moim mniemaniu największym policzkiem, który można wymierzyć drugiej osobie. I tak było. Do dziś wstydzę się spojrzeć wielu osobom  w oczy. A tłumaczyłam to sobie w najprostszy sposób – Jeśli ja tego nie zrobię, ktoś zrobi to mi. Lepiej zdradzać i ranić, niż być zdradzaną i zranioną. Mój każdy związek od podstaw był popsuty. Bo jak mógł być zdrowy. Chciałam infantylnego odwetu za to, że mnie wykorzystano, że wykorzystano najbliższe mi kobiety. To było moje dziecięce tupanie nóżkami w doroślejszej wersji. Z perspektywy czasu rozumiem samą siebie, ale jest mi siebie niewymownie żal. Żal mi tej smutnej, popsutej i skrzywdzonej dziewczyny, która była dumna z tego, że może kogoś zdradzić, zranić, okłamać i wykorzystać. To w końcu ona dominowała, w końcu nie ją ktoś zranił. Ona była górą. Na zewnątrz. W środku była ciągle krucha, rozmemłana i osowiała.

Kobieta

Ta kobieta nosi w sobie marzycielską, wojowniczą dziewczynkę i dumną, smutną dziewczynę. Głęboko schowała serce, które ktoś kiedyś pokroił na srebrnym talerzu. Jest tak, jak chciałam i tak, jak przewidywałam, że będzie. Znane mi kobiety stają na ślubnym kobiercu, rodzą swoich potomków i oddają się życiu rodzinnemu. Nie wiem, czy są szczęśliwe. Nie wiem, czy cierpią. Ja siedzę w pustej kawalerce, ze swoją firmą, pasjami, ambicjami, wypełnionym kalendarzem i w wielu miejscach pustym sercem. Chcąca dominować, niezależna i ambitna kobieta. Zamknięta na silne ramię, bojąca się miłości i uczuć kobieta. Do tej pory wariuję na samą myśl o tym, że dla kogoś mogłabym otworzyć się w pełni, stracić głowę bez opamiętania i cieszyć się zjawiskiem zwanym miłością. Gdy zalewa mnie fala emocji, chowam się w swoim bezpiecznym, bezuczuciowym kokonie. Im bardziej ktoś jest mi bliski, tym szybciej uciekam. Im bardziej kogoś lubię, tym bardziej pokazuję, że tak nie jest. Im więcej uczuć, tym więcej złośliwości. Tak jakby porozbijana kobiecość, potrzebowała tarczy. A takie kobiety najtrudniej się kocha. Czasami powątpiewam czy w ogóle da się je pokochać.

W trakcie spotykałam wiele kobiet. Tych silnych, rozsądnych, budujących swoje imperia. Tych słabych w środku, ale silnych z pozoru, które cierpiały w ambitnej samotności. Tych delikatnych, silnych matek, którymi się opiekowano i które opiekowały się wszystkimi innymi. Każdą z nas ukształtowały doświadczenia, związki i dzieciństwo. Od małego miałam w sobie przekonanie, że każdy związek to ugięcie się przed kimś, to wyrzekanie się swojego szczęścia dla kogoś. Miłość zawsze kojarzyła mi się ze słabością. Samotność z siłą. Czasem myślę, że jakby w każdym podziubać, zdjąć parę warstw to ujrzy się maleńkie dziecko naznaczone błędami innych. Dzieciństwo tkwi w nas głębiej niż dorosłość i odciska znacznie większe piętno.

 

Dziel się :