Bo rodzina, bo ten wiek. Bo ekonomia, bo kredyt i mieszkanie dla młodych. Bo biała suknia i wesele. Bo grzech, bo dziecko, bo tak trzeba. Bo partner nalega, bo znajomi już wzięli, bo to formalność. Bo presja społeczna, bo stabilizacja, bo ustatkowanie się. Czyż tak nie jest? Słuchając otoczenia i obserwując zawierane ostatnio małżeństwa moich znajomych, mam wrażenie, że miłość dawien dawno zeszła na drugi plan. A ja? Abstrahując od stanu prawnego w naszym kraju, nie chce być smutną Panną Młodą.

Śluby

Ostatnio wszyscy moi znajomi się hajtają. Dosłownie pogrom. Po każdym weekendzie ślubne fotografie niedługo potem brzuchy i maluchy. Co gorsza, wiele osób homoseksualnych ulega presji rodziny i otoczenia, ślubując komuś miłość wbrew swojej orientacji. Mam wrażenie, że ludziom w wieku 25 lat włącza się dziwny guzik, który piszczy w trybie „już czas”. Zastanawia mnie, ilu z nich przetrwa próbę czasu i życia. Ilu z nich rozumie powagę tej decyzji. Równie wiele jest beznadziejnych powodów do zawarcia związku małżeńskiego i do zerwania go.  Wiele kobiet wierci swoim partnerom dziurę w brzuchu i rzuca tekstami w stylu „chciałabym mieć już pierścionek”, na miejscu mężczyzny rzekłabym – to idź i sobie kup. Kobietki, trochę szacunku. Musicie namawiać swoich partnerów, by się z wami hajtali? Ja nie czułabym się dobrze, wiedząc, że partnerka zrobiła to jedynie by mieć święty spokój. Po czasie okazuje się też, że rodzina, która Cię namawiała, w niczym Ci nie pomoże i zostajesz sam na sam z wybrankiem. Znajomi, na których szczęście się zapatrywałaś, też wcale nie mają tak słodko, jak pokazywali na ślubnych fotografiach. Mieszkanie dla młodych udało się wziąć, kredyt też, ale okazało się, że nie ma zbytnio z czego spłacać, bo ona straciła pracę i pozycje, która tak Cię pociągała. Po tym, jak się ustatkowałaś, szybko zaczęłaś tęsknić za życiem singla, szalonymi nocami, samotnymi dniami i życiem dla siebie. Białą suknię założyłaś raz, wesele minęło, a została szara rzeczywistość i ktoś ,kogo przysięgałeś kochać do końca swojego życia.

Czy każdy z nas, czy ktokolwiek z nas na dobrą sprawę jest w stanie coś takiego obiecać?  Powątpiewam, że 50% z osób, które stoją przed ołtarzem, wypowiadając te piękne słowa, mają świadomość ich wagi. Żadne z nas nie jest w stanie przewidzieć przyszłości, a przysięgać komuś bezwzględną miłość do końca Twoich dni jest ryzykowne. Czy przysięgasz miłość nawet w momencie, gdy on będzie Cię bił? gdy ona będzie Cię zdradzała? Gdy uderzy Twoje dziecko? Gdy wyniesie się na drugi koniec świata? Gdy będzie leniem, który nie chce robić nic? Czy aby na pewno mamy świadomość tego, o czym mówimy na ślubie? Dla mnie jedynym sensownym stwierdzenie jest powiedzenie „spróbuje” albo „pragnę tego, ale wszystko wyjdzie w praniu”, bo nigdy z czystym sercem nie dałoby się tego obiecać. W innym przypadku musielibyśmy przewidzieć wszystko, czego przewidzieć się nie da.

Na zawsze?

Gdy byłam jeszcze małą dziewczynką, myślałam, że małżeństwo to dwoje szaleńczo kochających się ludzi. Wiecie, że kochają się na zabój, nie widzą świata poza sobą i chcą ze sobą faktycznie dzielić życie. Jakie było to rozczarowanie, gdy spostrzegłam, że Ci sami ludzie kilka bądź kilkanaście lat po złożeniu najważniejszej przysięgi w swoim życiu, są w stanie zdradzić siebie wzajemnie, okłamywać się bez mrugnięcia okiem, nudzić się sobą, nie lubić siebie nawzajem i co najgorsze zerwać przysięgę, idąc w dwie różne strony. Do tej pory widzę bezsensowność instytucji małżeństwa, a szczególnie tej przysięgi. Żaden człowiek nie jest w stanie szczerze obiecać miłości do końca życia, bo nie jesteśmy w stanie niczego przewidzieć. Okłamujemy samych siebie, wypowiadając takie słowa.

Moją wiarę w siłę małżeństw doszczętnie zniszczyły rozwody, które wynikały ze zdrady, z bezpłodności, z problemów finansowych, ze zwykłego znudzenia, z kryzysu wieku średniego. Czy to nie miało być na zawsze? W zdrowiu i chorobie? W złej i dobrej sytuacji? Niezależnie od przeszkód? Niech mi teraz ktoś powie, że namiętność i miłość przemija i to normalnym. Normalnym jest to, że wiedząc o tym, że miłość przeminie, przysięgasz ją do końca swych dni? Tak, jestem idealistką, ale miłość sama w sobie jest idealistyczna, niewinna, pełna pasji, emocji i czegoś nieuchwytnego. Jeśli miałabym podać powód dobry do zawarcia związku małżeńskiego dwojga ludzi, którzy kochają się bezgranicznie i w tym momencie są i pragną być razem, nie znalazłabym go. Do miłości nie są nam potrzebne żadne zezwolenia, formalności, suknie i garnitury. Żaden mężczyzna w koloratce nie musi ogłosić, że możemy się wzajemnie pocałować, ani potwierdzać naszych uczuć wobec świata. Potwierdzeń potrzebują jedynie Ci, którzy nie są ich pewni. A małżeństwo? tę decyzję podejmujemy z całkiem innych powodów niż miłość i nikt mi nie powie, że tak nie jest.

 

 

Dziel się :