Na warszawskiej Pradze jednym okiem ujrzysz rozpadające się pustostany i podwórka, z których nie tak łatwo jest wrócić. Drugim zaś pełną artyzmu architekturę, której nie zobaczysz nawet w centrum. Z prawej dobiega Cię zapach wegetariańskich pierożków w offowej knajpie, rosyjskiej kuchni i gęstej, ciepłej czekolady. Z lewej odurza Cię smród alkoholu, tanich papierosów i śmieci w uliczce. Taka właśnie jest Praga. Różnorodna i pełna skrajności. Takie multi kulti. W jednej chwili widzisz najbardziej designerski plac zabaw, nowoczesne muzea i najpiękniejsze hipsterskie knajpy z Gesslerowym w środeczku. W kolejnej mijasz grupę dresów, widzisz pijaczka sikającego w bramie i brudne kundelki szukające swojego miejsca. Po prawej ogromny kościół Floriana, po lewej Cerkiew, a niegdyś była też Synagoga. Kuchnia rosyjska, polska włoska, ukraińska. Pyzy z okrasą w słoikach, rurki z bitą śmietaną, włoska pasta i pelmienie. To wszystko i więcej sprawiło, że pokochałam Pragę od pierwszego wejrzenia.

Muzeum Neonów

W pierwszej chwili czułam się, jakbym trafiła do żywego muzeum hipsterów. Prócz informacji o biletach powinno się znaleźć info o dresscodzie, bo ja w jeansach i kurtce czułam się nieswojo. Brakowało mi workowatych ubrań, kraty, dużych okularów i brody. Mój styl jest nazbyt zwyczajny na to miejsce. Większość zwiedzających posiadała modne, menelskie płaszcze, za duże spodnie, gołe kostki i obowiązkowo czapki naciągnięte na połowę głowy. Ale o samej wystawie słów parę. Ja się zakochałam, może ze względu na asortyment, może ze względu na miłość do staroci. Pierwszą neonową wystawę oglądałam w moim Piernikowie, ale ta dosłownie wali na kolana. Jakby przeciągnęło nas do starej Warszawy i lat, kiedy czerwona, mieniąca się tandeta była dziełem sztuki. Urzekający jest napis Warszawa, różowa kiczowata syrenka, błękitne społem i wszelakie napisy związane z kinem. Taka artystyczna rupieciarnia w starym magazynie, gdzie Warszawę poznaje się od strony fabryk, sklepów i ich właścicieli, a na koniec możesz kupić taką literę, jeśli masz wolne parę stówek, ewentualnie magnes, jeśli masz tylko kilka złociszy. Cena biletu nie jest zła, bo za studencki zapłacisz 8 zł. Jak znaleźć? Te czerwone drzwi na zdjęciu to wejście, a znaleźć je można, przechodząc obok Gesslera, designerskiego placu zabaw, ogromnego kubka kawy i porozrzucanych mosiężnych napisów. Ewentualnie kieruj się za grupką hipsterów.

Żarło

Właśnie z Pragą jest tak, że w większości blokowisk panuje bieda, a pierogi kosztują 30 zł. Niezłe zdziwko miałam w miejscu, które w sumie niczym się nie wyróżniało. Białe deski stoły i stoliki, ogólnie pustka wszędzie. Otwieram kartę i zonk. Nie doceniłam Szklarni. Swoją drogą piękną mają szklarnie z roślinami, słabo dobrane menu i małą, drogą kawę. Jak kiedyś coś zjem, to wypowiem się pełniej. Pierwszego dnia wybrałam się więc do centrum na Vege Warszawę, ale drugiego z racji pobytu w Muzeum Warszawskiej Pragi, wybrałam się na lekki obiad do lokalu o nazwie Niebieski Syfon. O jak tam pięknie moi drodzy! Lampy w syfonach, pyzy serwowane w słoikach, przemiły Pan z obsługi, który poleca, tłumaczy i pomaga, do tego rzemieślnicze piwa i przepyszne zupy. Co ja wam mogę polecić. Zupę cebulową z grzankami  i przepyszny krem z warzyw. Ceny z kosmosu nie są, bo zupy w cenach 7-9 zł. Pyzy około 12-14 i reszta dań w podobnych klimatach. Wybaczcie, ale w Szklarni frytki kosztowały 15 zł, a mini capuccino 11. Widać jakie ceny mają nowe, hipsterskie knajpy, a jakie mają lokale z tradycją mieszczące się obok słynnego Bazar Różyckiego. Kolejnym razem mam zamiar się wybrać do rosyjskiej knajpki, a na obecną chwilę mogę wam polecić kawiarenkę Mucha nie Siada. Blisko, tanio i ciepło. Klimat też trochę PRL albo ukraiński. Fotele w oknach, folklorystyczne poduchy, a do tego pół nagie kobiety na ścianie – dziwne zestawienie, ale obłędna gęsta czekolada i przepyszna ciepła szarlotka. No i ceny dla normalnych ludziów.

 

 

 

Czar PRL

Nie mogę powiedzieć, że mnie nie oczarowało, bo dosłownie mnie wciągnęło. Najlepsze muzeum, jakie widziałam do tej pory, to właśnie Czar PRL. Mała klitka mieszcząca się w starym magazynie. Prowadzą do niego znaki, nie bojać się, a bilety kupuje się u Pani za ladą – nie stoi tam przypadkiem. Co tam można znaleźć? Wszystko, za czym tęsknimy. Vibovit, budki telefoniczne, misia uszatka, niebieskie ceraty, wózki dla lalek i wszystko, co ma starą duszę. Ja nie mogłam wzorku oderwać i nóg – nie chciałam wyjść. Jak dziecko wlazłam do budki, założyłam dziwne gogle z misiem uszatkiem, grałam w stare gry, z którymi tęskniłam i wypiłam oranżadę, która smakuje samym cukrem.  Idealne miejsce dla stęsknionych za dawnym czarem misia i poniedziałków, także dla rodzin z dziećmi. Serce się roztapia jak ojciec tłumaczy 8-letniemu synowi czym był saturator, podaje instrukcje budki telefonicznej i zakłada mu kask z motorynki. Ceny są jak najbardziej do przyjęcia, toalety, miejsce do posiedzenia i poczytania, sporo gier i książek. Dzieciaki i dorośli się nie znudzą. Co najważniejsze, nie ma tam tłumów, bo inaczej byłoby kiepsko poruszać się na takim metrażu. My byłyśmy w niedzielę i było tylko kilka osób, więc swobodnie można było wszystkiego dotknąć, zrobić fotografie i powdychać stare zapachy.

Muzeum Warszawskiej Pragi

Nie można go pominąć, bo jest piękne i bardzo nowoczesne. Nie miałam pojęcia, że znajdę coś takiego na Pradze, prędzej spodziewałabym się w Pałacu Kultury jak na wystawie Titanic. Świetna makieta, fotografie, które prowadzą nas od początku Warszawy, aż do dzisiejszych lat. Poza tym interaktywne sale, latający dywan wypełniony starymi przedmiotami, mnóstwo pudeł, pudełeczek, wiszących pocztówek, wszystkiego, co można poczytać, obejrzeć, dotykać. Taka wystawa nie nudzi, a w łatwo przyswajalny sposób uczy. Dzieci trza przygotować na długie chodzenie, bo muzeum jest spore, a siebie na tłumaczenie, pokazywanie i czytanie najmłodszym.

 

 

Dziel się :