Z książkami blogerów jest u mnie, tak jak z nazwiskami bogów świata medialnego. Nie znam, nie czytam, nie oglądam. W moim przekonaniu narobiły sobie złej sławy. Niestety, mówiąc książka blogera, myślę Kominek, JasonHunt bądź Tomek Tomczyk. Jakby go nie nazwać, dobrze nie jest. Dodatkowo, gdy jakieś wydawnictwo śle mi wiadomość z prośbą recenzji, mam w głowie ostatnie traumatyczne przeżycia z książką, której recenzji nie opublikowałam, bo odpadłam po kilku stronach. Ale, ale PigOut to nie bloger pokroju kominka, a skoro hajsów na nowe książki wydawać nie trzeba, to chętnie przyjmę jeden egzemplarz. Poza tym lubię gościa.

Profilówka

Z racji, że w październiku dokulam się do ostatniego roku dziennikarstwa,wypadałoby żebym znała zasady pisania błyskotliwych recenzji. Nie znam i znać nie chce. Jedyne co napisałam według wytycznych, to była biografia Ewy Kopacz. Nie, że z własnych chęci i zapędów, to była jedna któraś zaliczenia ćwiczeń. Trzeba jednak pozory umiejętności dziennikarskich zachować i zrobić niejaki wstęp, czyli zbiór podstawowych informacji o autorze. Taka profilówka.

„Pominięty w: rankingu TOP20 blogów, zestawieniu ShareWeek, konkursie na Bloga Roku, Blog Forum Gdańsk, Blogowigilii i See Blogers.”

Autorem rycia świni jest niejaki PigOut. Z angielska – świnia. To trzydziesto-czterdziestoletni podlotek, lekko siwiejący i lubiący drzeć łacha. Lubi drony, żyje w pakiecie ze swoją partnerką Madzią i posiada aktualnie 17,5 tys fanów na fejsie. Recenzja obiektywna nie będzie, bo gościa lubię za dystans, brak kija w tyłku i niechęć do rzeczywistości. Książka jak i strona nie wpadnie w oko osobom, które władają prawniczym żargonem, w aucie słuchają Mozzarta, a w kibelku czytają Psychoanalizę Freuda. Polecam raczej tym, którzy lubią polskie filmy za przekleństwa, przepadają za językiem internetów, promocjami w Lidlu, marichunaną, mordorem i Panem Kanapką. A reszcie polecam wyjąć kij z tyłka i zagrać nim w billard.  Z tym kanapką to prawda swoją drogą, bo wiecznie słyszę o nim od De, która zachwyca się jakością i atrakcyjną ceną. Na nic się zdają moje obiadki w pudełku, kiedy Pan Kanapka jest w pobliżu. Tak więc, zapraszam kochani na literaturę faktu.

4 bramki

Sieć, czerwony dywan, korytko i podróże. Kota w nich nie znajdziemy, ale mogą zafundować nam kilka pytających spojrzeń w tramwaju, bądź autobusie. To też niestety prawda. Pigout’a czytałam akurat w podróżach z i do stolicy oraz w miejskiej komunikacji. Akurat pech chciał, że czytałam wtedy o polskich promocjach, przetrwaniu sylwestra, życiu blogera i kilku innych niespodziajkowych historiach. Bywały momenty kiedy wstrząsnęły mną dziwne drgawki, które dają mi tylko polskie, stare komedie. Rzadko mnie coś śmieszy, włączając w to kabarety, których nie oglądam, bo są żenujące, więc książka musi być dobra.

„Nie mogę być blogerem modowym, bo jestem za gruby, żeby zmieścić się w rurki, za brzydki żeby ktoś chciał mnie śledzić na Instagramie i zbyt biedny, że pozwolić sobie na kolekcją od projektanta.

Świnia w sieci to zbiór zjawisk, którymi żyje Polska, internety i o których rozmawia się przy kotlecie. Grey, WOŚP, Światowe Dni Młodzieży, promocje na torby, klapki, buty i świeżaki. Trochę o korpo, frajerach i stereotypach, a także motywacyjne poradniki, które doradzą jak przetrwać kilka ważnych dni w roku. Tak, PigOut tylko tutaj wcieli się w rolę coacha. Czerwony dywan jest o świecie, który mnie osobiście nuży. Traktaty o karierze, upadłych gwiazdach, Bożence i projektancie, którego nie znam. Na szczęście ów rozdział był najkrótszy. Nie to, że PigOut źle napisał, dobrze napisał. Tylko nie znam się na tym światku i niekoniecznie mnie interesuje. Moja familia się śmieje, że nawet, gdyby Dicaprio stanął obok mnie, prawdopodobnie bym go nie poznała.  Nie jestem typem osoby, która za swym idolem jeździ z miasta do miasta, cyka selfie, bo ktoś zagrał gdzieś tam, nie czekam też na autografy. Ten  światek jest nudny, opowieści o nim też. Znacznie ciekawsze historie znajdują się w korytku. Tutaj mamy trochę przypowieści z życia naszego hejtera. Subkultura psów, wizyty u fryzjera, pierwsze internety i filmowe wieczory. Zwyczajne, proste historie, które umilają mi aktualnie spożywanie zupy. Do porannej kawy, bądź popołudniowego piwa polecam zaś podróże naszej świni. Tutaj zjecie ciastka z marichunaną, tajskie więzienia i kluby go go. Tak to się przedstawia.

Feedback

Od strony merytorycznej, że tak ujmę podobało mi się praktycznie wszystko. Uwielbiam darcie łacha, suche historie, które są tyle śmieszne co żałosne i proste pisanie. Nie trzeba silić się na filozoficzne, motywacyjne bzdety, które mają tchnąć w naszą duszę nowe życie. Czasem wystarczy poczytać coś lżejszego, pośmiać się i odetchnąć od poważnej, światowej literatury. Drogi Pigoucie jeśli to czytasz, to proponuje nagrać podobny film z życia świni. Chętnie obejrzę. Podobał mi się brak cenzury, język internetów, proste słownictwo i krótkie historie. Stanowczo nie lubię zawijania meritum w kłębki słów, których nikt nie rozumie, dygresji, których nikomu nie chce się czytać. Pigout od razu przechodzi do clue. Jedyne co mi się nie podobało to tekst o męskiej modzie, wieczne zahaczanie o gejów, parady równości i zniewieściałość. Brać do siebie nie biorę, ale to mój czuły punkt, którego poruszać nie lubię.

„Przynależność do tego elitarnego klubu objawia się tym, że o 6:30 rano wychodzi się z psem na spacer, po czym spotyka się innego właściciela i w tym miejscu następuje ten okropny moment, kiedy psy zaczynają się wąchać po tyłkach..”

Od strony technicznej i estetycznej, zaś podoba mi się prosta, minimalistyczna okładka, na której jednak jest stanowczo za dużo tekstu. Na moje wystarczyłoby logo bloga i główny tytuł książki. Pamiętnik hejtera i górny cytat, wyrzuciłabym do kosza. Mam wrażenie, że za mało tutaj Pigouta i o większości detali decydował dział marketingu. Takie prawa rynku. Co do poprawności stylistycznej i ortograficznej, na której absolutnie się nie znam, to dla mnie wszystko gra i huczy. Minus za lekko brudny egzemplarz, mam wrażenie, że tusz coś poszedł z tyłu okładki. Duża czcionka, prawidłowo wykonane akapity i marginesy, do tego dobrze pogrupowane historie i świnka towarzysząca nam w podróży. Oczywiście mini plus za przepiękną dedykację dla mnie i moich zwierzęcych potomków.

Jednym słowem poleciłabym książkę na wakacyjne wojaże i popularne ponoć lato w mieście. Przyjemna, lekka i zabawna. Propsy za ciekawe, życiowe historie i klawe podejście do życia. Btw. warto dorzucić kilka złotych do jego pisarskiej skarbonki.

 

Dziel się :