Gwizdanie, prychanie, chrząkanie i siorbanie. Śmichy, chichy i głośne rozmawianie. Duże wymagania, niewielka chęć zapłaty i jeszcze mniejsze napiwki. Czasem adidasy, czasem selfie, a zdarzą się i dresy. W polskich restauracjach i knajpach możemy zaobserwować cały wachlarz polskich zachowań. Od A do samego Z.

Seba i Karyna

Z racji swojego przyzwyczajenia do stołowania się na mieście, mam szansę zaobserwować Polaków w sytuacjach, dla nich lekko mówiąc – ciężkich. Ostatnio, będąc z De w nadmorskiej, uroczej restauracji, również miałam tę niebywałą przyjemność, gdy przez próg przebili się typowy Seba z typową Karyną. Lat na oko mieli ze dwadzieścia. Oboje ubrani dość ciekawie jak na wygląd samej knajpki. Ona w sportowych leginsach, adidasach i bluzie dresowej. On bardzo podobnie. Oczywiście zlekceważyli ogromną tablicę przed drzwiami, która mówiła „Proszę czekać na nadejście kelnera. Kelner prowadzi do stolika.” Wpadli, nie do końca wiedząc co robić. Nerwowo rozglądając się po restauracji, znaleźli stolik na samych obrzeżach. Nagle chłopiec wstaje i krząta się po sali, rozglądając się nerwowo na boki. Czegoś szuka. Nie, jeszcze nie wie, że to kelner przynosi kartę. Szuka, pyta, zagaduje. Mają kartę. Niewiasta łokieć na stoliku, gmera coś w telefonie. Tak im zlatuje czekanie na posiłek. Niezręczną ciszę przerywa kelner z pizzą. Oboje na twarzach mają uczucie ulgi. Za chwilę pozują do wspólnego selfie nad pizzą. Teraz jest wymówka, by nie rozmawiać – jedzą. Uwijają się szybko. Czas już iść. Czekam na dalszy rozwój sytuacji przy rachunku, który pada na stół. Chłopak kręci głową, puka stanowczo palcem w rachunek i patrzy na swą wybrankę. Ona macha włosami w podobnym rytmie i kręci loka. Seba wyjmuje portfel i patrzy to na niego, to na nią. Trzyma w dłoniach pogiętą pięćdziesiątkę i woła kelnera. Później dzieje się to w co nie do końca wierze. Zamiast grzecznie położyć 50 w kasetce z rachunkiem, pyta kelnera, czy ten ma mu wydać! Powaga kelnera godna podziwu. Z jego ust pada jedynie „Za chwilę Pana rozliczę”. Wychodzą, oczywiście nie zostawiając napiwku.

Gorzej jest jedynie wtedy, jak Seba i Karyna pojawiają się w knajpce z dziećmi. Najmłodsi nie znają zasad dobrego wychowania, bo skąd mieliby je znać. Na nic zdają się prośby i spojrzenia kelnera, który co rusz potyka się o włóczące się samotnie dziecko. Nie pomagają również krzyki i groźby rodziców, gdy malec rzuca jedzeniem poza talerz, a na stół wykłada swoje zabawki. Nie, nie przepadam za dziećmi w restauracjach. Nie za wszystkimi, ale za większością. Moim zdaniem rodzice powinni tłumaczyć najmłodszym jak powinno się zachowywać w knajpach. Nie jest to plac zabaw, ich dom, czy łazienka. Nikt nie ma ochoty przy romantycznej kolacji słuchać wrzasków malucha, który nie dostał drugiej porcji frytek. Tym bardziej potykać się o niego w drodze do toalety. Tutaj stają się wybawieniem knajpki, do których nie są wpuszczane maluchy i miejsca zrobione specjalnie dla rodziców z dziećmi. Swoją drogą, ostatnio widziałam przykład romantycznej kolacji we troje. Ojciec przez całą kolację jadł sam, a matka biegała za córką po knajpie, bo nie potrafiła jej ustawić, bądź zostawić u opiekunki. Doskonały przykład romantyzmu i autorytetu rodzica.

Buraki z cebulą

Tak czasem bym nas nazwała. W wielu miejscach nie potrafimy się zachować, a w knajpach widać to niestety wybitnie. Przede wszystkim często nie potrafimy się poruszać po restauracji. Zamiast poczekać na kelnera i podążać za nim do stolika, szukamy go na własną rękę, robiąc same problemy. Sama byłam świadkiem sytuacji, gdzie trzyosobowa grupa rozsiadła się w stoliku pięcioosobowym. Gdy została poproszona o przesiadkę, robiła niesmaczne miny, zbierając rozłożone już bety. Nie czekamy też na przyniesienie karty, samemu jej poszukując, lub składając zamówienie przy barze. Najczęściej wystarczy poczekać kilka minut. Szybko zorientujemy się, czy karty bierze się samemu, czy należy na nie poczekać. Czy kelner ma wyznaczony stolik i sam podejdzie zebrać zamówienie, czy jest to knajpka samoobsługowa. Czy o napiwkach muszę wspominać? 10% ceny posiłku to już raczej obowiązkowy standard. Skoro stać Cię na wyjście do knajpki to stać Cię też na parę złotych napiwku.

Nie można nie wspomnieć o braku kontroli nad naszą fizycznością. Posiłek mi się cofa, jak bez krępacji Polacy grzebią w buzi, szukając resztek. Bekają, chrząkają, cmokają i siorbią. W swoim domu możemy zachowywać się, jak chcemy. Jednak tam, gdzie są miejsca publiczne, nawet niemające gwiazdek Michelin, warto powstrzymać się od pewnych odruchów. Warto też przypomnieć sobie, do czego służą chusteczki, serwetki bądź toaleta. A jeśli już jesteśmy przy tym zacnym pomieszczeniu, to jego obsługa jest kolejną sprawą do przypomnienia naszym rodakom. Gdzie i jak wyrzucamy podpaski i tampony, a papier powinien lądować jednak we wnętrzu klozetu. Nie, tutaj nie przesadzam. Ostatnio weszłam za pewną Panią do łazienki i zużyty papier leżał po prostu na desce, nie trafiła, nie spłukała i poszła. W takich momentach zadaje sobie pytanie, czy aby na pewno jesteśmy cywilizowani. Na miejscu właścicieli wywieszałabym kartkę „Proszę uprzejmie o niezachowywanie się tutaj jak u siebie w domu”. To się tyczy również poziomu naszych decybeli. Do restauracji przychodzimy porozmawiać, pośmiać się, odpocząć lub popracować. Ale nawet gdy puszczamy wodzę naszej fantazji i doskonale się bawimy, nie powinniśmy zapominać o chcących zjeść w spokoju innych osobach. Nie każdy musi wiedzieć o naszych haluksach, ostatnim seksie z Grażyną i wypadzie na kaczki z Jurkiem. Mówimy tak, by słyszały nas jedynie osoby przy naszym stoliku.

Dress code i niewiedza

Sama nie wiem, od którego zacząć, bo oba się ze sobą wiążą. Sama nieumiejętność zachowania się w restauracji nie jest niczym złym, skoro rzadko do nich uczęszczamy. Nie wszystko musimy wiedzieć i umieć. Jedyne co powinniśmy umieć, to pytać i zgłębiać wiedzę. Przed każdym pójściem do nowej restauracji szukam jej w sieci. Czytam opinie, informacje, ceny, standardy i ogarniam sam wygląd lokalu. Wiem, czego mogę się spodziewać po karcie, jak długi jest okres oczekiwania na danie i jak należy się ubrać. Krew sama mrozi się w żyłach, gdy do przytulnej, lekko wytwornej kawiarenki, wchodzi mężczyzna w dresowej garderobie, adidasach, bądź klapkach. Nie wspominam tutaj już o kapturze, czapce, czy okularach, bo z tym się jeszcze nie spotkałam. O ile do kawiarni nie musimy stroić się w krawat, to już do restauracji z prawdziwego zdarzenia obowiązkowo wciskamy się w marynarkę, bądź garniak. Warto więc zajrzeć na stronę docelowego miejsca, by zorientować się w informacjach. Swoją drogą, nawet do kawiarni nie ubrałabym adidasów, czy dresów.

Tym samym przeszliśmy do naszej niewiedzy. Nie orientując się w pułapie cenowym i opiniach innych osób, mogą nas spotkać niemiłe niespodzianki. Wszystko może być tak drogie, że styknie nam jedynie na zupę i chleb czosnkowy. Wtedy lepiej udać się na zapiekankę, kebaba bądź samą kawkę. Podobnie z długim czasem oczekiwania. Idąc do restauracji w godzinach obiadowych, bądź wieczornych, musimy liczyć się z tym, że swoje będziemy musieli odczekać. O ile we Francji jest to na porządku dziennym, o tyle w Polsce sfrustrowani klienci wykrzykują dziwaczne epitety. Przed wybraniem się do restauracji, warto też zapoznać się z obsługą dań, które chcemy zamówić. Czytałam ostatnio artykuł właściciela japońskiej knajpki w Warszawie, który był zażenowany zachowaniem polaków jedzących sushi. Nikt nie wymaga od nas wiedzy na każdy temat, ale idąc zjeść homara, kraba, małże bądź sushi, warto zapoznać się z techniką i sztućcami. Oszczędzimy wstydu sobie, innym i sprawniej zjemy posiłek. Podobnie jest z wymawianiem nazw potraw lub win. Często widuje, jak osoby pokazują palcem mówiąc „poproszę to”. Nie lepiej powiedzieć poproszę numer trzynasty? Zapytać co kelner mógłby nam zaproponować albo jakie jest danie dnia? Ostatnio byłam świadkiem kapitalnego wybrnięcia z sytuacji, gdy mężczyzna zamawiający danie nie potrafił powiedzieć prawidłowo Prosciutto. Podszedł do tego z dystansem i bez krępacji powiedział, że nie jest pewny, jak to się wymawia, ale chodzi mu o proszciuto, proszczutto. Kelner wraz z nim i rodziną po prostu się śmiali. Zamówienie udało się złożyć, sytuacja rozluźniona, a klient w końcu nauczył się to wymawiać prawidłowo.

Skoro Polacy coraz częściej wybierają jedzenie na mieście, to w końcu powinni się nauczyć, że inne standardy obowiązują przy budce z kebabem, a inne w restauracjach.

Dziel się :