Patrzę jak krząta się po kuchni w poszukiwaniu łyżeczek do herbaty. Nie wygląda wyjątkowo, raczej jak przeciętna Polka. Jasno brązowe włosy z widocznymi odrostami, piwne oczy pociągnięte popielatym cieniem i wąskie usta w kolorze karmelu. Na potrzeby artykułu Pani K., została właśnie Panią Karmelową.

Pani K

Gdy się uśmiecha zauważam siateczkę zmarszczek w kącikach ust. Wygląda na wiele więcej niż trzydzieści dwa lata. Wolnym krokiem podchodzi i podaje mi herbatę w szklance, zupełnie jak u mojej babci. Obok kładzie ciastka z marmoladą i od razu czuję się swojsko. Swoją drogą, kuchenne wnętrze przypomina mi czasy PRL’u. Kraciasta cerata, pożółkłe firanki i ceramiczne bibeloty, które dziś nazywamy fajansem. Wszystko jest trochę szare, powszednie i już nie pierwszej świeżości. Jak kadr z filmu, z którego zdjęto filtr photoshopa.

Nagle otwierają się drzwi i w pokoju pojawia się ktoś, kto rozjaśnia całe kiczowate wnętrze. Jego śmiech w sekundzie przyćmiewa brzęczące muchy, a jego brudna buzia sprawia, że pierwszy raz od momentu wejścia do mieszkania szczerze się śmieje. Biegnie do niej jeszcze kaczym chodem po starych płytkach i wyciąga usmarowane łapki ku szyji. Ona łapie go chudymi palcami i sadza na kolanach. Wąskie usta odsłaniają sznur białych zębów, a piwne oczy zaczynają błyszczeć. Jasno brązowe włosy już nie spadają na ramiona, a plączą się w pulchnych, pięcioletnich palcach. Gdy jego wzrok napotyka ciastka, szybko traci zainteresowanie zabawą i sięga po marmoladowy przysmak. Czekamy, aż zsunie się z kolan i pobiegnie do swojej krainy zabaw. Pani Karmelowa nie chce przy nim opowiadać całej historii, mimo że Wojtuś był zbyt duży by nie pamiętać. Roztacza nad nim swój brązowy parasol i nie chce by wracał wspomnieniami do przeszłości. Wojtuś wychodzi, a my siedzimy w milczeniu.

Nie wiem o co zapytać. Czuje, że nawet nie powinnam. W końcu z macierzyństwem, a do tego tak wyjątkowym mam wspólnego tyle, ile z baletem. Pani Karmelowa widzi mój stres i sama zaczyna swoją historię.

2+0

Od zawsze chciała być mamą. Zwłaszcza jako nauczycielka, która całe dnie spędzała pośród roześmianych, młodych twarzy. W swoim marzeniu nie była odosobniona. Jej mąż równie bardzo pragnął być ojcem. Byli zwyczajnym małżeństwem, ustatkowanym, szczęśliwym, spokojnym. Bez wczasów na Hawajach, ale za to z kredytem na samochód, tygodniem we Władysławowie i trzema pokojami w dużym mieście. Do pełni szczęścia brakowało im pełnienia tylko jednej roli – rodzica. Otarli się o nią dwa razy. Za każdym razem boleśniej. Pani Karmelowa przynosi mi pudełko ze zdjęciami. Kilka pamiątek USG, na których widnieją maleńkie istnienia. Nie dała rady donosić ciąży. Wyprzedza moje pytanie i mówi, że trzeciej próby by nie zniosła.

Impulsem do adopcji była ich stara koleżanka, której siostra sama adoptowała dziecko. Oboje podświadomie czuli, że są na to gotowi. Nie było więc przekonywania. Szybko umówili się na wizytę w ośrodku adopcyjnym. To on odpowiada za cały proces adopcji, pośredniczy między dzieckiem, a przyszłymi rodzicami. Moje wyobrażenia na temat odwiedzenia domu dziecka i możliwości pobycia z maluchami szybko się rozwiewają. To ośrodek adopcyjny wybiera nam przyszłego syna lub córkę. Oczywiście na podstawie zebranych od nas informacji. Mina jej rzednie, bo jak mówi – właśnie tutaj zaczynają się schody. Adopcja to w Polsce przede wszystkim biurokracja. Rozmowa kwalifikacyjna, zaświadczenia od psychiatry, o niekaralności, o zarobkach, nasz życiorys i rekomendacje od znajomych. Dalej rozmowa z pedagogiem, psychologiem, wizyta w domu i badania psychologiczne. Doskonale zdaje sobie sprawę, że chodzi o dobro dziecka, jednak nikt z nas nie lubi inwigilacji i weryfikacji całego życiorysu. Mówi, że ośrodków adopcyjnych Polsce coraz mniej. Na sam kurs adopcyjny trwający kilka miesięcy czekali ponad rok. Do tego brak jest konkretnych wytycznych – jaki powinien być rodzic idealny. Wszystko zależy od samego ośrodka, który łatwo może Cię odrzucić jeśli coś mu się nie spodoba.

Pytam o otoczenie, jak reagowało. W sekundzie milknie, a jej twarz smutnieje. Nie wszycy byli zadowoleni z ich decyzji. Jedni nie wiedzieli co powiedzieć, inni mówili aż za dużo. Nasłuchali się strasznych historii o matkach narkomankach, o ojcach psychopatach. Byli i tacy co woleli urwać kontakt. Dla nich adopcja to wstyd. Zeszkliły się jej oczy, gdy wspomina o babci ze strony męża. Wojtuś nigdy jej nie poznał i nic nie zapowiada na to by miało się to zmienić. Powiedziała, że wybrakowaną żone sobie wybrał, a teraz i dziecko z odzysku będzie miał. Na szczęście były osoby, które zaakceptowały ich decyzje i Wojtusia.

Mówi, że podczas pierwszego spotkania nie poczuła miłości, a strach. Mały smutny chłopiec, który niedługo miał stać się jej całym światem. Bała się. Co byłoby gdyby nie umiała go pokochać. Jak wziąć odpowiedzialność za przyszłe życie tak małej istoty. Jak to będzie, gdy podpiszą papiery, a do ich domu na stałe wprowadzi się nowy gość. Wtedy nie miała pojęcia. Dziś już wie. Przez chwilę rozmawiamy o tym, że czasem jest trudno. Mały ze strachu moczy prześcieradło, nadal boi się przechodzić obok budynku domu dziecka i nie lubi zostawać sam. Oni też nie wiedzą czy sobie poradzą, czasami boją się przyszłości. To ich takie wspólne strachy. Na pożegnanie mówi mi, że Wojtuś to dziecko z odzysku, ale codziennie dziękuje Bogu, że to właśnie ona go odzyskała, a z nim wszystkie utracone istnienia.

Dziel się :